OGŁOSZENIA BLOGPASTERSKIE VIII

przez , 14.sty.2017, w Ogłoszenia blogpasterskie

Witam!

I.Przerwa w twórczości potrwa jeszcze przynajmniej do końca lutego – ciężkie losy studenta

II.Zapraszam do czytania i komentowania „Czternastu”

III.Pozdrawiam Jurek Blogpasterz

 

2 komentarze więcej...

„Czternaście fibul” – R.11: Towar

przez , 01.paź.2016, w Czternaście Fibul, Fantasy

Towar

    W skład Twierdzy na pustyni wchodził kompleks pałacowy Ubadah Thaqiba, przywódcy Ludzi Pustyni. Jednym z najbardziej okazałych pomieszczeń należących do niego była jedna z sypialni. Opływała ona w kamienie i metale szlachetne. Ogromne łoże, leżące pośrodku niej, nie odstawało pod tym względem. Jego szkielet, wyrzeźbiony z egzotycznego drewna, przykrywał osadzony na spiralnych filarkach baldachim, z którego spływały półprzeźroczyste zasłony poprzeszywane złotymi nićmi.

   Leżała na nim młoda dziewczyna. Była naga, a jej ręce, uniesione ponad głowę, przykrępowane były do jednego z filarów. Jej rozpuszczone, długie blond włosy były w ciągłym ruchu, podobnie zresztą do reszty ciała – dziewczyna próbowała się oswobodzić. Bezskutecznie.Więzy były mocne. Nawet za mocne – o czym świadczyły jej lekko sine ręce.

   Nagle usłyszała szmer. Serce jej załomotało. Wiedziała co ją czeka. Bała się. A szmer oznaczał jedno – ktoś wszedł do pomieszczenia. Nie chciała płakać. Ale łzy same pociekły. Skuliła się na lewym bokunajbardziej jak na to pozwoliły więzy – i rozpłakała jak mała dziewczynka. Twarz wtuliła w jedną z licznie otaczających ją wielkich poduch – nie widziała powoli zbliżającego się kształtu, zamazanego przez zasłonę. Za to po chwili poczuła, że ktoś kładzie się obok niej, kładąc dłoń na jej talii. Drgnęła. Całą wolą chciała zrzucić szorstkie, męskie palce z ciała. Ale nie mogła zrobić nic.

   - Nie, nie, nie! – krzyknęła płaczliwym tonem.

   - I to jest ta zadziorna dzikuska z dalekiego południa, o której wspominał Abdullah prezentując zadrapanie na twarzy? Nie wygląda. Zaraz się przekonam – usłyszała nieprzyjemny głos mężczyzny.

   Gwałtownym ruchem obrócił ją na wznak i złapawszy za kolana zaczął rozsuwać jej nogi. W odpowiedzi otrzymał kopniaka między oczy.

   - Czyli jednak… Takie uwielbiam!

   - Zostaw mnie!

   - A jeśli nie? – szyderczo wyszczerzył zęby, sunąc prawą dłonią po jej nodze.

   Zrezygnował z tego gdy dotarłszy do kolana ledwo zdołał uniknąć zmiażdżenia przez gwałtownie zaciskające się nogi.

   - A, zadziorna kocica!

   - Precz – zaczęła wierzgać nogami celując w śniadą twarz mężczyzny.

   Bez problemu uniknął kilku kopnięć, po czym złapał ją za kostki.

   - Nie bój się. Znam się na rzeczy, nie będzie bolało. Wyobraź sobie swój najlepszy kontakt z mężczyzną w alkowie i pomyśl, że ja to on i…

   - Odwal się, dupku! Jestem dziewicą!

   Wyskoczył z łoża zrywając jedną z zasłon. Trzymając ją w lewicy wpatrywał się zszokowany chwilę w ciszy w długowłosą blondynkę, która usilnie próbowała ukryć przed nim intymne części ciała kuląc się w pozycji embrionalnej. Wyszedł z pomieszczenia zacierając ręce zadowolony.

*

   Niespełna półwieczny mężczyzna siedział nagi w łaźni z niewielkim basenem. Zamyślony wpatrywał się w ścianę. Zanurzony był do połowy w wodzie. Z licznych blizn na jego umięśnionym, wyćwiczonym ciele wyczytać można było, że przeżył wiele walk. Jednak żaden z tych śladów nie był świeży, ciało nie zaznało smaku stali od lat.

   Mężczyzna nie był sam. Tuliła się do jego ciała przeciętna nałożnica o afroamerykańskiej cerze i pokaźnym wzroście. Była jego niewolnicą od dawna. Znała wszystkie z znamion na jego ciele, wraz z ich historiami powstania. Wiedziała jak go zadowolić. Powolnymi ruchami przejeżdżała po skrupulatnie wybranych bliznach, wymuszając na kochanku przypominanie konkretnych wspomnień. Umiała doskonale odczytywać nastrój swego pana – tego dnia wybierała tylko te, które zdobył w zwycięskich zmaganiach.

   Po pewnym czasie jednak skinął, dając jej znak, że już wystarczy.

   - Połóż się – wyszeptał jej do ucha.

   Murzynka posłusznie opadła na wznak na schodkach zagłębiających się do basenu. Uśmiechnął się.

   Nagle ktoś załomotał w drzwi łaźni.

   - Wejść! – krzyknął mężczyzna machnięciem ręki każąc czarnoskórej nie zmieniać pozycji.

   Do pomieszczenia wszedł jeden z wojowników. Rzekł:

   - Ubadah Thaqibie, dowódco!

   - Czego chcesz – parsknął nagi.

   - Przyszedł hakim.

   - Niech wejdzie.

   Wojownik wyszedł. Prawie natychmiast na jego miejsce pojawił się hakim. Spojrzał na prężącą się na schodkach Murzynkę, po czym zwrócił się do Ubdaha:

   - Jestem. Zrobiłem coś kazał.

   - Mów.

   - Po pierwsze, potwierdzam, jest to dziewica, wciąż ma…

   - Bardzo dobrze. A jak reszta?

   - Ogólnie jest zdrowa, nic jej nie dolega. Ale… Jest… Dziwna.

   - Dziwna?

   - Tak.Nigdy wcześniej nie widziałem tak białych i równych zębów. Do tego te idealnie równe, dość dobrze zagojone kilka blizn na nogach i dziwnych w dotyku piersiach. Podobne ślady przy pośladkach.

   - Myślisz, że to może mieć wpływ na cenę?

   - Nie wiem.

   - Ja mam wiedzieć?! To ty jesteś lekarzem – zmarszczył brwi.

   - Raczej nie. Blizny są ledwie widoczne.

   - Doskonale. Wyjdź.

   Gdy drzwi zamknęły się za hakimem Ubadah Thaqib zwrócił się do czarnoskórej:

   - A my mamy coś do skończenia.

*

   Na horyzoncie zamajaczyły potężne mury miasto Or Bene, zwanego też potocznie Ostoją Paserów.Leżało w oazie położonej o trzy tygodnie drogi wierzchem od Twierdzy Ludzi Pustyni, a przynajmniej tyle była w drodze karawana, w której na grzbiecie jednego z wielbłądów jechała lektyka z młodą dziewczyną odzianą w wysadzany klejnotami strój, odsłaniający talię. Jej głowę i szyję okrywała odpowiednio nałożona chusta, zaś twarz zasłaniała na wpół przeźroczysty, jasny nikab ozdobiony frędzlami od dołu.

   Dziewczyna nazywała się Dominika. Ciekawie wyglądała za lektykę, obserwując zbliżające się miasto. Targały nią dziwne przeczucia, bała się o swój los. Szczególnie po tym co przeszła. Prawie miesiąc wcześniej została uprowadzona przez Ludzi Pustyni. Już pierwszej nocy trafiła do sypialni jednego z wojowników – jak się później dowiedziała – dowódcy Ubadah Thaqiba. Cudem w ostatniej chwili dała radę wybronić się od gwałtu. Jeszcze tej samej nocy odwiedził ją podstarzały mężczyzna, który zaaplikował jej środek zwiotczający mięśnie. Była przytomna, czuła i widział wszystko co robił z jej ciałem – a oglądał ją dokładnie, robiąc podczas tego notatki i obmacując całe jej ciało. Następnego dnia, zaraz po odzyskaniu sprawności zaprowadzona została do łaźni. Z ulgą przyjęła o tym wieść – chciał umyć całe ciało, wyszorować je aż do bólu. Liczyła na trochę prywatności chociaż wtedy. Nie było jej to jednak dane. Nikt nie pozwolił jej myć się samej. Zrobiły to dwie, niezbyt urodziwe kobiety o arabskiej urodzie – wyszorowały ją jak zwierze – szybko i nieprzyjemnie. Później ubrały ją, a grupka wojowników zaprowadziła ją do przygotowanej już lektyki. Chciała o tym wszystkim zapomnieć. Początkowo jednak nie była w stanie. Obrazy co jakiś czas powracały, co skutkowało zawsze płaczem i obfitym, zimnym potem na całym ciele. Z czasem na szczęście pamięć przywoływała wizje coraz rzadziej, a były one też coraz bardziej zamazane.

   Martwiło ją jednak bardziej co innego. Nikt jej nie poinformował co się z nią stanie dalej. A miasto z każdą chwilą coraz wyraźniej prezentowało swe mury, zajmując coraz większą część krajobrazu. Na blankach dostrzec już można było poruszających się zbrojnych, przypominających z tej odległości mrówki.

   Uwagę Dominiki przykuło jednak co innego. W okolicach bramy rysowało się skupisko różnokolorowych obiektów. Między nimi dostrzec można było ruchliwe kroki, krążące z pozoru bezładnie, ale uważniejsze oko mogłoby dostrzec pewien algorytm, sens. Wraz z zbliżaniem się do celu obraz stawał się wyraźniejszy, a dziewczyna zaczęła rozumieć co znajduje się pod Ostoją Paserów. Obiekty okazały się być sporymi namiotami, kropki zaś ludźmi. Zazwyczaj skuci niewolnicy popychani przez handlarzy prowadzeni byli w kierunku centrum namiotów, skąd spomiędzy nich widać było fragmentarycznie wysoką scenę zbitą z starych desek. Stało na niej kilku niewolników. Wokół zebrał się tłum i wrzeszczał coś, czego dziewczyna nie była w stanie zrozumieć z tak dużej odległości.

   Blondynka cofnęła się zniesmaczona w głąb lektyki. Podejrzewała już co ją czeka. Wyobrażała sobie jak stoi na tym podeście a rozwrzeszczany tłum krzyczy ceny. Ceny za nią. Zadrżała.

*

   Siedziała na kamiennej ławeczce w małej celi z niewielkim okienkiem. Pomieszczenie było czyste. Podobnie jak ona. Po przybyciu do Or Bene znów została dokładnie umyta. Również jej strój został odświeżony.

   Dominika zastanawiała się dlaczego nie jet w namiocie, razem z innymi niewolnicami Ludzi Pustyni. Dlaczego w ogóle zaprowadzono ją do miasta, nie do obozu.

   Nagle usłyszała zgrzyt zamka. Serce załomotało jej mocno. W drzwiach ukazał się ten strażnik. Poznała go. Widziała go wcześniej, gdy prowadzono ją do celi. Pilnował korytarza między celami.

   Przyprowadził młodą kobietę o semickich rysach twarzy. Miała około dwadzieścia pięć lat. Była ładna. Wysoka, o mocno zaznaczonych kobiecych kształtach. Ubrana nieco skromniej od Dominiki.

   Strażnik pchnął ją lekko, po czym wyszedł zamykając drzwi. Niewolnice spojrzały na siebie. Po chwili milczenia nowo przybyła odezwała się:

    - Nie kojarzę cię. Pierwszy raz?

    - Pierwszy raz… – odparła niepewnie.

   - Od razu widać. Kto cię wystawia?

   - Wystawia? Czyli tak jak przypuszczałam będę sprzedana…

   - A czegoś się spodziewała? Chyba wiedziałaś, że cie wiozą do Or Bene?

   - Tak, ale…

   - No tylko nie mów, że nigdy wcześniej nie słyszałaś nic o tym miejscu.

   - Nigdy.

   - Skąd ty się wzięłaś – powiedziała siadając przy niej.

   - To dość skomplikowane…

   - No nic. Wprowadzę cię w sprawę. Pytaj o co chcesz.

   - Jak stąd uciec?

   W odpowiedzi usłyszała parsknięcie śmiechem.

   - Uciec? Gdybym wiedziała jak uciec to bym to zrobiła dekadę temu, kiedy ten skurwysyn sprzedał mnie za garść srebrników.

   - Kto?

   - Nie masz lepszych pytań? – odparła po chwili przeszywania blondynki wzrokiem – Mój ojciec.

   - Dlaczego?

   - Brniesz dalej? Co cię to obchodzi?

   - Po prostu nie rozumiem… Sprzedać własną córkę?

   - Też tego nie rozumiałam. Ale po mieszkańcach tego miasta można się wszystkiego spodziewać.

   - Na przykład?

   - Dużo by mówić. Nie możesz zapytać się o coś sensownego?

   - Co w tym nie sensownego? A jak kupi mnie ktoś miejscowy?

   - Z twoją urodą? Raczej niemożliwe. Może to jest i ostoja paserów, oszustów i mend społecznych, ale na pewno nie magnatów. Tylko najbogatsi mogą sobie pozwolić na taką.

   - A ty? Co ty w takim razie tu robisz? Przecież jesteś ładniejsza ode mnie.

   - Przede wszystkim jestem jak jedna z wielu. Ty jesteś egzotyczna. A poza tym mówiłam już, sprzedano mnie pierwszy raz jak miałam czternaście lat, dziesięć lat temu. Pierwszy kupił mnie stary Zachary, czy Zachariasz, nie wiem. Kilka razy zgwałcił i puścił w obieg dalej po nie całym miesiącu. Kupił mnie tym razem burdel na obrzeżach miasta, przy wschodniej bramie. Cztery lata później trafiłam od zamtuzu w centrum, tuż przy głównym placu. Przepracowałam tam dwa lata i kwartał. Burdelmama, do której przybytek należał sprzedała mnie na aukcji. Kupił mnie mój ojciec. Nie przejmował się kim jestem. Nie wiem czy w ogóle dotarło to do niego. Trzy miesiące po kupnie spłukał się, przegrał wszystko w karty, czy chuj go wie co zrobił z pieniędzmi. Oddał mnie grupce swoich kolegów za trzy bochny chleba i kawał sera. Rok później kolejna aukcja rzuciła mnie do domu lichwiarza Ozeasza. No i on wystawia mnie teraz.

   - Dlaczego po drodze na żadnej aukcji nie kupił cię nikt z zewnątrz? Przecież z czasem już nie byłaś dziewczynką z…

   - Zużytego towaru nikt nie chce. Nie mogę być droga.

   - Zużytego towaru? Jak tak można o kimkolwiek powiedzieć! A poza tym…

   - Jesteś słodka. I naiwna. Od razu widać, że to nie twój świat. Skąd się tu wzięłaś? Kto cię sprzedaje?

   - Nie jestem pewna… Chyba mówią o sobie jakoś… Ludzie Pustynni, czy…

   - Ludzie Pustyni? O to oni cię tanio nie puszczą, tego możesz być pewna. Jak cie złapali? Nie jesteś miejscowa.

   - Napadli moją karawanę.

   - Opowiedz coś więcej. Skąd i dokąd jechałaś? Tak w ogóle to jestem Nina. A ty?

   - Dominika. Jechałam od Mąciwgłowa do Miasta Złodziei…

   - Co ty mówisz? Jechałaś od Mąciwgłowa? Mąciwgłów to najwyżej przystanek na trasie. I jaka to karawana jeździ do Al-Dara, potocznie zwanego Miastem Złodziei?

   - To skomplikowane…

   - Nie martw się. Masz czas na wytłumaczenie mi. Najbliższe aukcje dopiero jutro.

   - Nie pochodzę stąd…

   - To już wiem. Co z tego?

   - Nie, nie chodzi o odległość, a o… Jakby to wyjaśnić… Wiesz czym jest przestrzeń?

   - No chyba każdy to wie.

   - Teraz wyobraź sobie przestrzeń równoległą, niezależną, która…

   - Mówisz o innym wymiarze?

   - Wiesz coś na ten temat?

   - Co nieco wiem. Wielu facetów zwierza się dziwce podczas…

   - Co wiesz o przenoszeniu się między wymiarami? Jak to działa? Jak wrócić?

   - Z tego co magowie mówili, to tylko demony można przyzywać, a właściwie siłą wydzierać z innego wymiaru.

   - No jak widzisz, nie tylko. Ja jestem z innego wymiaru.

   - Innego wymiaru. Też wymyśliła.

   - Jak mi nie wierzysz to trudno. Jakoś przeżyję.

   - No dobra. Powiedzmy, że ci wierzę.

   - Kiedy dostałam się tutaj, trafiłam na pustynię, w pobliże Mąciwgłowa.

   - No to jedno. Ale żadna karawana nie jeździ do Al-Dara.

   - Jechała gdzieś na wybrzeże. Nie pamiętam konkretnie. My mięliśmy się odłączyć od niej wcześniej i ruszyć do Miasta Złodziei.

   - My? Czyli nie byłaś sama?

   - Nie. Był ze mną jeszcze taki jeden.

   - Mów dalej…

*

   Handel w Or Bene nie ustawał nigdy. Nad ranem na placu rozkładali się zwykli handlarze żywnością. Szybko musieli oni jednak ustępować miejsca sprzedawcom dóbr luksusowych – złota, srebra, kamieni szlachetnych, jedwabiu, przypraw z dalekich krain, luksusowych ubrań etc. Około południa zaczynała się wymiana kramów. W praktycznie zawsze grzejącym tu słońcu błysk metali szlachetnych zastępował brzęk pospiesznie rozkładanego żelastwa. Można było znaleźć wszystkie rodzaje uzbrojenia. Od puginałów po długie miecze, a nawet dość rzadkie dwuręczne ostrza, którymi umieli posługiwać się jedynie najlepsi spośród Ludzi Pustyni. Szeroki zakres łuków i kusz zadowalał zarówno amatorów jak i profesjonalistów lubujących się w walce dystansowej. Uzbrojenie ochronne było już mniej zróżnicowane. Wśród tarcz dominowały lekkie, zaś zbroi w ogóle było nie wiele – w końcu mało kto się nimi posługiwał w tych okolicach.

   Późnym wieczorem znów następowała wymiana towaru. Znikały metale, a na ich miejsce trafiały grzyby halucynogenne, biała, sproszkowana kokaina, suszone kwiaty konopi i inne substancje psychoaktywne.

   Jenak najważniejszym towarem w Or Bene handlowano od jutrzenki po zmierzch. Na kilku starych, drewnianych straganach zbitych z na wpół przepróchniałych desek wystawiani na aukcje byli niewolnicy. Sprzedawani byli pojedynczo lub w pakietach, zależnie od predyspozycji do różnorakich prac. Ludzie kotłowali się głównie właśnie wokół tych straganów.

*

  Dominikę z półsnu przebudziło zgrzytnięcie zamka w drzwiach. Niepewnie spojrzała w ich kierunku. Stał w nich wysoki młodzieniec o śniadej cerze. Zza jego prawego ramienia wystawała rękojeść miecza, u lewego boku zaś zwisała mocno zakrzywiona szabla. Ubrany był w białą szatę, a jego głowę przykrywała czerwona kefija umocowana za pokocą czarnego agala.

   Poznała go. Był to jeden z Ludzi Pustyni prowadzących karawanę do Or Bene.

   Skinął na nią. Kazał wstać. Posłuchała.

*

   Kiedy zaprowadzono ją na plac ostatnie stragany z lnem ustępowały miejsca broni. Na rynku panował zgiełk. Na widok prowadzonych niewolników tłum się lekko przerzedził, pozwalając przejść. Nie z uprzejmości. Ludzie wiedzieli, że jak tego nie zrobią, to droga do głównych straganów może spłynąć krwią. Szczególnie jeśli pojawiają się Ludzie Pustyni.

   Prowadziło ją kilkunastu z Ludzi Pustyni. Ją i kilkoro innych niewolników. Część z nich widziała przelotnie w trasie, głównie podczas postojów. Oprócz nich na plac przybyło w tym czasie jeszcze kilka grup, ale mniej licznych. Więcej było widać samotnych handlarzy prowadzących po jednym niewolniku.

   Rozejrzała się niespokojnie na boki. Zauważyła, że została wyraźnie odseparowana od reszty więźniów przez dwóch wojowników. Po niedługim czasie, gdy dotarli do pierwszej z platform, została wyraźniej oddzielona. Na stragan skierowanych zostało większość niewolników w asyście połowy Ludzi Pustyni. Pozostali poprowadzili Dominikę dalej, w kierunku nieco mniejszego podniesienia.

   Na straganie tym prężyło się sześciu tęgo zbudowanych mężczyzn o śniadych cerach. Z uśmiechem na twarzy krążył wokół nich mizerniej zbudowany, brodaty człowiek. Co jakiś czas podchodził do stojącej na skraju podwyższenia kobiety. Ta szeptem informowała go o kolejnych zaletach „towaru”, które brodacz, ubrawszy wpierw w barwne zdania, ogłaszał rozentuzjazmowanemu tłumowi kotłującemu się u podnóża straganu. Gdy milkł tłuszcza wykrzykiwała coraz wyższe ceny. Brodaty wskazywał wymiennie na kilka osób krzycząc: „Pan w zieleni 1500!”, „Pan z piórkiem 1700!”, „Kto da więcej?! No kto?!” etc. Wszystko to skrupulatnie notował karzeł siedzący na przypruchniałym zydlu, przy zbitym z kilku starych desek stole. Co jakiś czas brodacz, nie dostrzegając nikogo podbijającego stawkę darł się „Jegomość z mieczem obnażonym po raz pierwszy!… Po raz drugi!… I!…” etc. Wciąż jednak uważał cenę za zbyt niską. Zachęcając więc okrzykami tłum do podwyższenia stawki słuchał nowych porad od kobiety i zaczynał „pokaz” od początku.

   Zapatrzona w to widowisko Dominika w pewnym momencie poczuła lekkie, ale stanowcze pchnięcie w ramię. Ruszyła w obstawie dwóch Ludzi Pustyni w kierunku stołu karła. Jednego z nich poznała od razu. Był to ten sam młodzieniec, który przyszedł po nią do celi. Drugiego, starszego, widziała po raz pierwszy.

   - Kto? – wyrwało ją z zamyślenia pytanie karła. Zorientowała się, że doszli do stołu.

   - Jak śmiesz!… – młodzieniec o śniadej cerze rzucił z butą.

   - Uspokój się, Muhannad – skorcił go drugi z towarzyszących Dominice, po czym zwrócił się do karła – Przepraszam za niego, Hektorze. On od niedawna jest jednym z Ludzi Pustyni.

   Siedzący za stołem człowiek spojrzał na niego spode łba. Po dłuższej chwili burknął:

   - Kto? - Ludzie pustyni – odparł starszy.

   Karzeł zanotował coś lewą ręką. Dopiero wtedy Dominika zauważyła, że pióro w jego prawej dłoni nieprzerwanie porusza się po stronicy sporej księgi – Hektor nie przerwał ani na chwilę zapisywać kto licytuje i ile kapitału oferuje.

   - Co? – burknął znowu karzeł.

   - Kwiat Południa…

   - Aukcja numer 832 – mruknął do siebie Hektor, po czym zwrócił się do starszego z Ludzi Pustyni – przed wami jeszcze licytacja numer 831, Krzepki Kleofas, ale jeszcze go tu nie ma.

   - Nie możemy czekać. Ile? – starszy się odezwał.

   - Sto.

   - Co raz drożej, Hektorze, coraz drożej – odparł rzucając sakiewkę na stół.

   - Inflacja – burknął karzeł chowając pospiesznie kaletę do kufra, który służył mu również za podnóżek.

   Zanotował coś lewą ręką. Po chwili rzucił:

   - Kwiat Południa, aukcja numer 831. Wchodzicie po tej – wskazał kciukiem za siebie, w stronę straganu – licytacji.

*

   - Pan z piórkiem 4200! Kto da więcej?! 4200 po raz pierwszy! Kto da więcej! 4200 po raz drugi! Spójrzcie na nich! Sześć gór mięśni za 4200? Nikt nie da więcej? Czyżbym tam widział!… Nie? Ostatnia szansa! Kto da więcej? Nikt? 4200 po raz trzeci! Sprzedane dla pana z piórkiem! Ha! Ale to nic. Czas na aukcję 831! Nino, odprowadź numer 830 i przyprowadź 831.

   Kobieta, wraz z sześcioma mężczyznami, zeszła ze straganu schodami umieszczonymi z tyłu. Podeszła do Hektora. Ten wskazał jej ludzi pustyni i przytrzymywaną przez nich blondynkę. Udała się do nich.

   - Witam Dominiko – rzekła.

   - Cześć, Nina. Ty też dzisiaj będziesz licytowana?

   - Ale ty jesteś głupiutka i naiwna. Ozeasz sprzedał mnie prawie rok temu. Teraz pracuję tutaj, na aukcjach. A ty idziesz ze mną na stragan… oferto 831.

    - Co?!

    - Nic. Chodź.

*

   - Aukcja numer 831! – brodacz wrzasnął w stronę rozentuzjazmowanego tłumu.

   – Powitajcie Kwiat Południa! Nieskalaną przez mężczyznę piękność wystawianą przez Ludzi Pustyni! Spójrzcie na to idealne ciało! Cena wywoławcza to zaledwie 7500! Kto da tyle? Ha! Mama z domu rozkoszy przy głównym placu? 7600 pan z piórkiem! Co słyszę? 8000 Zafir z Al Kamid! 8500 pan z piórkiem! 9000 Mama! 10600 Zafir z Al Kamid! Ha! Co za aukcja! 12000 Muta z Bairu! 12500 pan z piórkiem! Ha! Kto da więcej? Ha! 12500 po raz pierwszy!

   Brodacz podszedł do Niny. Ta wyszeptała mu coś do ucha.

   - Ha! – ryknął licytator – Kto da więcej! Za tę młodą, egzotyczną piękność, która uważa, że przybywa z innego świata, miejsca demonów!

   - Ty dziwko! – ryknęła Dominika w kierunku Niny.

   Ta ostatnia cmoknęła się w dłoń i dmuchnęła na nią posyłając pocałunek w kierunku blondynki. Po czym bezgłośnie poruszyła wargami.

   - Ja ci dam „głupią blondyneczkę” – syknęła Dominika przez zęby. – Jeszcze zobaczysz…

   - Ha! Kto da więcej za tą gorącą demonicę? – ryczał w tym czasie brodacz. – 15000 Zafir z Al Kamid! 15200 pan z piórkiem! 20000 Zafir! Ach cóż za aukcja! 25000 Muta z Bairu! 30000 pan w zielonym! Ha! Zafir z Al Kamid nie pozostaje dłóżny! 35000 daje Zafir! 45000 Muta z Bairu! 60000 Samir, syn Salema! 65000 Zafir z Al… 70000 Muta z Bairu! Ha! Cóż za aukcja! 80000 Salem, ojciec Samira! Syn odbija ojcu piękność za 100000! 102000 Muta z Bairu! 110000 Samir! 200000 Salem! Kto da więcej?! 200000 po raz pierwszy! 200000 po raz drugi! Kto da więcej? 200000 po raz trzeci! Kwiat Południa sprzedany za 200000 Salemowi, ojcu Samira z Bairu! Cóż za aukcja! Nino. Proszę odprowadź numer 831 i przyprowadź 832.

Zostaw komentarz :, , , , , , , , , , , , więcej...

Czternaście fibul

przez , 21.sty.2016, w Spis treści

 PROLOG

R.1: CZAS NA PORZADEK

R.2: VIDAME TNEMUGRA & ZJAWA

R.3: ARCYMAG

R.4: PUSTELNIA

R.5: LAS

R.6: WIOSKA

R.7: KARAWANA

R.8: TRENING, DZIEŃ 1

R.9: ILUZJA 

R.10: AMAZONKI 

R.11: TOWAR I 

R.12: TRENIG, DZIEŃ 12. (wkrótce?)

R.13: GRA TUROLDA (kiedyśtam)

R.14: CHIMERA (kiedyśtam)

R.15: TRENING, DZIEŃ 73. (kiedyśtam)

R.16: KLASZTOR (kiedyśtam)

R.17: PRZED OBLICZEM (kiedyśtam)

Zostaw komentarz więcej...

OGŁOSZENIA BLOGPASTERSKIE VII

przez , 31.gru.2015, w Ogłoszenia blogpasterskie

Witam!

I.Na tym blogo-cośtam pojawił się nowy rozdział „Czternastu”, trwają prace nad rozdziałem XI

II.Proszę o komentowanie i zachęcam do polubienia tej strony na fb

III.Zachęcam również innych internetowych skrobaczy opowiadań fantasy do zapisywania się na tej stronie – na której chciałbym stworzyć listę opowiadań fantasy

IV.Zapraszam do czytania i komentowania „Czternastu”

V.Pozdrawiam IIBlogpasterzII

Zostaw komentarz więcej...

„Czternaście fibul” – R.10: Amazonki

przez , 30.gru.2015, w Czternaście Fibul, Fantasy

Amazonki

   Starł się stąpać cicho, bezszelestnie. Nie do końca mu to wychodziło. W lewej ręce dzierżył łuk, w prawej dłoni kurczowo ściskał strzałę.

  Mamrotał co jakiś czas pod nosem jakiś wulgaryzm, przeklinając swoją nierozważną decyzję sprzed kilku godzin – obudziwszy się, co mu się nigdy nie zdarzało – o świcie postanowił przygotować dla towarzyszących mu dziewczyn posiłek. Jako, że wdzięczny był im za to, że dlań od kilku tygodni polowały, gotowały, etc. chciał przygotować coś innego niż spożywane przez nich od kilku tygodni pieczone mięso gryzoni z suchym chlebem, zdobytym jeszcze przed przebyciem przełęczy. Wyruszył więc na poranny spacer, aby nazbierać borówek i innych darów lasu. Przezornie wykradł jednej z towarzyszek łuk i kilka strzał, które wetknął sobie za pas. Ubrany w glany, jeansy i koszulkę z Led Zeppelin ruszył w drogę.

  Niespełna godzinę później zadowolony z siebie wracał z plecakiem i arafatką mocno wypchanymi jedzeniem. Wtedy właśnie usłyszał znajome mu brzęczenie.

  „Pszczoły” – przemknęło mu przez myśl.

  Dziarskim krokiem ruszył w kierunku odgłosu z zadowoleniem wspominając chwile spędzone z dziadkiem przy pasiekach. Nauczył się wówczas podbierać miód i znosić ból po, co prawda rzadkich, użądleniach. Kilka razy, podczas grzybobrania, dziadek uczył go trudniejszej techniki podkradania patoki z gniazd dzikich pszczół.

  Już po kilku minutach, na skraju niewielkiej polany ukazała się stara, dość mocno obrośnięta hubami sosna otoczona rojem brzęczących owadów. Na wysokości jakiś trzech metrów czernił się otwór dziupli.

  Szatyn zbliżył się do drzewa, rzucił na ziemię chustę i plecak. Wylał z bukłaka zabraną na drogę wodę. Naciął go, lekko powiększając otwór, tak by móc swobodnie napełnić do gęstą cieczą. Przytroczywszy go do pasa niezdarnie wspiął się na najniższą gałąź sosny. Z jeszcze większym mozołem przedostał się na następną, z której w miarę swobodnie mógł sięgać do dziupli. Powoli, starając się nie drażnić pasiastych owadów, włożył dłoń do otworu.

  Napełniwszy połówkę bukłaka zawiązał go i spokojnie wyrwał kilka żądeł z przedramienia i dłoni. Ostrożnie zsunął się z drzewa, odwrócił i… struchlał. Kilkadziesiąt metrów od niego, na polanie, trzy brązowe niedźwiadki baraszkowały między nogami potężnej niedźwiedzicy groźnie wpatrującej się w młodzieńca.

   Szatyn, nie spuszczając z niej wzroku, powoli pochylił się i podniósł arafatkę, którą przezornie przymocował do lewej szelki plecaka, który powoli wsunął na plecy. Obrócił się, by podnieść oparty o drzewo łuk. Właśnie to zadziałało na drapieżnika jak płachta na byka.

  Usłyszawszy złowieszczy ryk i potężny odgłos rozpędzającej się niedźwiedzicy młodzieniec porwał broń i bez namysłu obróciwszy się na pięcie napiął cięciwę. Strzelił.

  Przestrzelona łapa zwierzęcia sprawiła, że upadł. Na chwilę. Tyle szatynowi wystarczyło. Gnał przez las popędzany do granic swoich możliwości odgłosami zranionego, a zarazem rozjuszonego drapieżnika.

*

  Starł się stąpać cicho, bezszelestnie. Nie do końca mu to wychodziło. W lewej ręce dzierżył łuk, w prawej dłoni kurczowo ściskał strzałę.

  Od pewnego czasu było ciszej. Niedźwiedzi nie było słychać, ale wolał zachować czujność. Powoli stres mijał. Ciśnienie opadało, a serce powoli przestawało walić jak młot. Przystanął. Rozejrzał się. Otaczał go bukowy drzewostan. Słychać było świergot ptaków, niedaleko rozbrzmiewał śpiew słowika, gdzieś w głębi lasu rytmiczne serie uderzeń polującego dzięcioła.

  Podszedł do najbliższego drzewa. Rzucił broń i bagaż na ziemię i siadając zaczął wysysać resztki jadu z zaczynającego puchnąć przedramienia.

  - Kurwa – syknął przez zęby.

  Od niechcenia pogładził się po głowie. Pomyślał o niedźwiedzicy. Było mu jej żal.

  Kurwa… Co ja narobiłem?” – myślał – „A jak ona zdechnie? Biedne zwierzę. A małe miśki? Szlag. Mam nadzieję, że się wyliże. W końcu to duże, silne bydle. Boże… Strzeliłem do zwierzęcia. Chciałem zabić miśka. Szlag…”

  Drgnął – rozmyślania przerwało mu dotknięcie w ramię. Poderwał się na równe nogi – serce znów załomotało.

  Powoli obrócił się. Stał przed nim dojrzały mężczyzna. Był półnagi i, choć dość wysoki, niezwykle szczupły i mizernie zbudowany. Z jego twarzy wyczytać można było cierpienie, ból, piętno trudów życia. Ciemne włosy pokrywały niewielką część łysiejącej głowy.

  Szatyn chciał spojrzeć mu w oczy. Nie mógł. Głębokie, zakryte mrokiem oczodoły zionęły pustką, nicością.

  Młodzieniec spuścił wzrok, próbując odnaleźć dłoń, która go dotknęła. I tu się zawiódł. Żadne palce nie mogły go nawet musnąć. Dwa, brzydko zagojone, kikuty kończyły się na nadgarstkach.

  Mężczyzna mamrotał coś, wyraźnie kierując słowa do szatyna. Młodzieniec początkowo nie słuchał ich – wystraszony nagłym spotkaniem i wyglądem nieznajomego. Po chwili dopiero skupił się.

  „To jakiś zagraniczny język. Nie rozumiem go…” – przemknęło mu przez myśl – „Pytasz się kim jestem? Człowieku, zrozum – nie rozumiem co mówisz… Moment! Rozumiem! Dlaczego ten język naraz wydał mi się tak prosty?… Znajomy, swojski…”

  - Jestem… – spróbował przerwać monolog mężczyzny.

  Ten jednak słysząc to jedno słowo, wykrzywił w grymasie usta, odwrócił się na pięcie i pobiegł przed siebie, wyraźnie przerażony, a przynajmniej przejęty i zaniepokojony.

  - Proszę pana! Co się stało?! – szatyn rzucił się w pogoń.

*

  Ślepy biegł jak opętany, widać znał na pamięć położenie każdego drzewa w lesie. Zaintrygowany szatyn gnał za nim, zupełnie zapominając o pozostawionym pod drzewem bagażu, nie wspominając nawet o tym, że zagłębił się w las po składniki na śniadanie, a obecnie było już wczesne popołudnie.

  Jednak biegł. Zaniepokojony wyglądem niewidomego czuł, że potrzebuje pomocy, a wiedział, że będzie miał wyrzuty sumienia jeśli mu jej nie udzieli, lub chociaż nie spróbuje.

  Mężczyzna, pomimo braku wzroku i kalectwa poruszał się o wiele szybciej i sprawniej niż szatyn. Po niedługim czasie zaczął pozwalać sobie na robienie krótkich przystanków, wyraźnie nasłuchując, czy młodzieniec go dogania, po czym ruszał dalej w szaleńczym tempie.

  Szatyn zaczął myśleć o poddaniu się, gdy las zaczął się przerzedzać. Już miał się zatrzymać gdy nagle poczuł zaciskającą się na prawej nodze pętlę – po chwili wisiał głową w dół, szamocząc się w pułapce.

  - Kurwa – wyrwało mu się.

  Spojrzał na ślepca. Ten teraz spokojnie już szedł między ostatnimi drzewami lasu.

  - Nosz, kurwa – powiedział młodzieniec – ten kaleka wyprowadził mnie w pole… Jasny gwint. Kurwa mać!

  Spojrzał w dół by ocenić z jakiej wysokości przyjdzie mu spadać, jak mu się uda przeciąć linę. Dokładnie pod nim mienił się metalicznie jakiś niewielki przedmiot.

  - O nie… Kurwa, żeby nie – wyszeptał i złapał za lewą kieszeń jeansów, w której zwykł nosić nóż sprężynowy. – Szlag by to, kurwa, ja pierdolę, jego jebana mać, strzelił! Do chuja wafla, akurat teraz musiał mi wypaść! Ja pierdolę…

*

  - No proszę, Aleksander mówił prawdę – szatyna obudził obcy, kobiecy głos.

  Powoli otworzył oczy. Był w drewnianej chacie, półziemiance o słupowej konstrukcji ścian. Dach pokrywała strzecha. Spróbował się podnieść. Opadł ciężko na klepisko, na którym leżał. Bolała go głowa. Oczy piekły. Zamknął je.

  - To naprawdę mężczyzna – kobieta znów się odezwała.

  - Co on tu robi? – zapytała inna.

  - Ni wiem – trzeci damski głos rozbrzmiał w domostwie.

  Z wysiłkiem podniósł się na łokciu. Zignorował zawrót głowy i natężający się, pulsujący ból. Rozejrzał się. U jego nóg siedziały na ziemi trzy kobiety w różnym wieku.

  Najdalej była siwa, stara kobieta, której twarz szpeciła szeroka, źle zagojona blizna ciągnąca się od lewego łuku brwiowego, przez rozczłonkowany, zdeformowany nos, po lekko owłosiony podbródek. Ostrze które ją okaleczyło prawdopodobnie nie oszczędziło po drodze oka – było ono zachowane, ale zbielałe, ślepe.

  - Czyli to jest to? – usłyszał drugi głos i poczuł dotknięcie palcem w krocze.

  Dopiero wtedy spostrzegł w jakiej sytuacji się znajduje. Leżał na klepisku chałupy z opuszczonymi spodniami i slipami na wysokość kostek. Poderwał się na równe nogi szybko zakładając na zad ubranie.

  - Co z nim zrobimy? – znów zapytała, wciąż trzymając wystawiony palec wskazujący.

  Przyjrzał się jej. Miała najwyżej czternaście – piętnaście lat. Jej czarne oczy z zaciekawieniem spoglądały na młodzieńca. Ciemne włosy sięgały jej do połowy szyi. Była dobrze zbudowana – pod jej tuniką rysowały się rozwinięte mięśnie. Próba dopatrzenia się biustu u dziewczyny okazała się nieowocna – najwidoczniej jeszcze się nie wykształcił dobrze.

  - To chyba oczywiste.

  Powędrował wzrokiem w kierunku głosu. Należał do dojrzałej kobiety, która wstała zaraz po tym jak uporał się z paskiem u spodni. Była ona dużo bardziej muskularna niż dziewczę, do którego była podobna z rysów twarzy i koloru oczu i włosów. Szatyn opuścił wzrok na umięśnioną klatę ich właścicielki. Miała tylko jedną pierś.

  - Zabijemy go – kontynuowała.

  - Jesteście Amazonkami?! – krzyknął równocześnie, zagłuszając jej słowa.

  - On ni wie gdzie jest. Ni kłamie – stara kobieta zabrała głos wstając – Ni trza go zabijać. We śnie odniesiemy go nad rzekę, do wioski.

  Szatyn spostrzegł wówczas, że i jej brakuje jednego gruczołu mlekowego. Także i ona była umięśniona bardziej niż młoda dziewczyna, ale nie dorównywała w tym dojrzałej kobiecie.

  - Ale się babka dobrotliwa zrobiła na starość. Po pierwsze on dobrze wie gdzie jest – odparła – Skąd wiem? A skąd wie kim jesteśmy? A poza tym taki wątły tylko źle wpłynie na kondycję i wygląd przyszłych mężczyzn w wiosce, a tego nie chcemy.

  - Jestem twoją matką, ni babką, a to, że ona – siwa wskazała na nastolatkę – jest twoją córką, ni upoważnia cię do mówienia tak do mnie. I ni wie gdzie jest. My, Amazonki, jesteśmy znane na świecie. A przynajmniej byłyśmy znane kilka pokoleń temu. A dla Amazonek, przecie wiesz, nie liczy się tylko siła, a umiejętności, umysł…

  - Przepraszam bardzo. Czy ja przypadkiem paniom nie przeszkadzam? – przerwał dyskusję młodzieniec.

  - Ależ oczywiście, że tak – matka odparła bawiąc się strzałą i spoglądając mu prosto w oczy – Tylko co z tobą zrobić…

  - Heh. To może – wydukał nerwowo bawiąc się górą t-shirtu – po prostu sobie pójdę?

  - Wykluczone! – krzyknęły wszystkie.

  - Ok… To co proponujecie wycieczkę do wioski lub śmierć? To ja bym to pierwsze poprosił, jeśli drogie panie pozwolą.

  - Mamo, babko, a może utniemy mu palce i wydłubiemy oczy jak Aleksandrowi i zostanie moim służącym tak jak Aleksander twoim mamo? I tak w przyszłą noc jest równonoc, a ja niedawno zabiłam pierwszego wroga. Nie musiałabym iść do wioski.

  - Po pierwsze, córa, inne Amazonki już na jednego krzywo patrzą, a po drugie nie pozwolę ci urodzić dziecka takiego chuderlaka.

  - A ja myślę, że to dobry pomysł.

  - Nikt się babki o zdanie nie pytał.

  - Jestem twoją matką – odparła spokojnie.

  - A… Przepraszam bardzo, tego, no. A nie mogę ja zadecydować?

  Chwila absolutnej ciszy zapanowała w chacie, po czym kobiety wybuchnęły gromkim śmiechem.

  - A to dobre – po chwili wykrztusiła najsilniejsza z nich. – Chłop chciał decydować o sobie.

  - No i co? A tak w ogóle to przypadkiem wasze plemię nie zostało pokonane kilka stuleci temu przez Herkules…

  - Nie mam pojęcia kim ona była, ale jak widzisz, nie – przerwała mu dojrzała kobieta. – Babka, wiesz?

  - Ni.

  - Nie, nie, nie. Herkules. Facet.

  Znów zapadła grobowa cisza, przerwana po chwili jeszcze silniejszym chichotem.

*

  Od pewnego czasu był sam. Krążył po półziemiance bez celu. Nie mógł wyjść – drzwi były zabarykadowane od zewnątrz i pilnowane przez kilka Amazonek.

  Nie wiedział czego się spodziewać – początkowo znalazł się w fatalnej sytuacji po tym jak matka zgodziła się na pomysł córki. Po naradzie postanowiły wypalić mu oczy i połamać nogę w kostce, tak by został kulawy do końca życia, co zapobiegłoby próbom ucieczki. Od tej przykrej dla niego wizji wybawiło go przybycie kolejnych Amazonek. Weszły do chaty i półszeptem powiedziały coś domowniczkom, które wyraźnie zaaferowane i podniecone nowinami pospiesznie wyszły na zewnątrz. Szatyn miał nadzieję, że uda mu się przekonać inne kobiety, by wpłynęły na decyzję domowniczek. Nikt jednak nie chciał go jak na razie wysłuchać. Ba – nikt nie chciał nawet wypuścić go na pole.

  Uderzył zniecierpliwiony pięścią w ścianę. Za mocno – zabolało.

  - Szlag – mruknął pod nosem, po czym usiadł na klepisku masując obolałą dłoń.

  Wygrzebał z kieszeni smartfona. Przetarł ekran. Przygnębiony popatrzył na swoje odbicie w nim. Westchnął i podrapał się komórką po kolanie. Wiele więcej nią nie mógł zrobić – bateria padła już dawno. Rzucił telefon na ziemię. Chwilę siedział w ciszy, po czym przekrzywił głowę – głośne chrupnięcie kręgów szyjnych przeszyło ciszę. Rozmasował kark dłonią. Zamyślił się. Po chwili na jego twarzy ukazał się grymas, a brwi zmarszczyły się. Wyszarpnął z lewej, tylnej kieszeni jeansów czarny, przymocowany do spodni niewielkim łańcuchem portfel z nadrukowanym logiem grupy Rolling Stones. Otworzył go. Powoli spomiędzy dowodu, a legitymacji studenckiej wyciągnął małą kopertę. Były w niej zdjęcia. Wylosował jedno.

  - Dagmara… – wyszeptał.

  „Siorka” – pomyślał. – „Ciekawe co u niej. W sumie to dawno jej nie widziałem. W ogóle rzadko ją widuję… Heh. Widywałem… Od kiedy zamieszkała z chłopakiem. A wcześniej? Heh. Ale było super. Tak się z nią dogadywałem. A teraz jej już więcej nie zobaczę… Ciekawe czy przyszła w ogóle na mój pogrzeb. No bo chyba jakiś symboliczny odprawili… Ten Ted… Kurwa, dlaczego nawet w myślach nazywam go tak jak się kazał? TADEUSZ. Jej facet. Nie cierpię skurwiela. Nie wiem co ona w nim widzi. Nie ważne. O czym to ja myślałem… A tak. Pogrzeb. Ciekawe, czy Tadeusz w ogóle się zgodził na pojechanie na mój grób”.

  Odłożył zdjęcie na miejsce i wyjął następne. Widniała nań młoda dziewczyna o kasztanowych włosach przyciętych w stylu bob. Roksana – obiekt westchnień licealnych szatyna. Spróbował przywołać jedno z marzeń, tak niedawne, które kreował dziesiątki razy przez bite prawie cztery lata od kiedy ją poznał:

  Wenecja. Pełnia księżyca rzucająca blask dokładnie na środek wąskiego kanału. Ja i ona na mostku, podziwiający piękno zabytków, wody, luny. Nie widzę jej. Patrzę wprost w tarczę księżyca. Czuję delikatne muśnięcie na dłoni. To jej aksamitna dłoń nasuwa się na moją. Powoli obracam się, obejmując ją w talii, a ona gładzi mnie po karku. Nim ją pocałuję spoglądam w oczy… D’oh! Twarz Roksi, nie Menanti mózgu, zdrajco”…

  Z zamyślenia wyrwał go cichy odgłos otwieranych drzwi. Wsunął zdjęcia do portfela. Spojrzał przed siebie. Stała przed nim grupka umięśnionych kobiet pozbawionych połowy piersi – wśród nich dojrzał i domowniczki. Na twarzy najmłodszej z nich dojrzał wyraźny grymas.

  Powoli wstał, chowając do kieszeni telefon i portfel. Przetoczył powoli oczami po zgromadzonych w chacie. Wśród nich wyróżniała się jedna – dobrze, nawet na tle innych, zbudowana i lepiej odziana, a raczej uzbrojona od innych. Jej pozłacana, sięgająca prawie do kolan zbroja łuskowa rozdwojona była od dołu, sprawiając, że nadawała się idealnie do jazdy wierzchem. Posrebrzane nagolenniki i lewy naramiennik ozdobione były kamieniami szlachetnymi. Całość dopełniał szeroki pas zapinany na brązową klamrę ozdobioną sporym bursztynem. Jego właścicielka patrzyła zimnym, pozbawionym uczuć wzrokiem na szatyna.

  Nie wiedział dokładnie dlaczego, ale organizm nagle dostarczył mu dawki pewności siebie. Mózg zagrał tak znany mu utwór Lost Woman Blues zespołu Motörhead. Podziękował mu za to w myślach, po czym wwiercił się wzrokiem w dobrze uzbrojoną Amazonkę. Jego oczy płonęły, ciskając błyskawice nienawiści w jej stronę – patrzył na nią z pogardą i złością, sam nie wiedząc dlaczego.
Chwilę wpatrywali się w siebie ogarnięci absolutną ciszą. Inne Amazonki wstrzymując oddech wymieniały między sobą niespokojne spojrzenia. Spostrzegł to, ale nie zmienił postawy. W głowie leciały mu kawałki Motörheadu jeden za drugim.

  Pierwsza ciszę postanowiła przerwać bogato uzbrojona Amazonka. Otwarła usta.

  - Czego? – wypalił bez namysłu, nie dając jej dojść do słowa.

  Wśród zgromadzonych w chacie przeszedł szmer. Zapytana spojrzała gniewnie na studenta geologii, po czym zwróciła się do najsilniejszej z domowniczek:

  - Pentesilejo.

  - Tak, ma pani?

 - Czy to jest ten „przestraszony, słabowity przybłęda o słabym charakterze”, który dał się złapać ślepemu Aleksandrowi?

  - Tak, wasza wysokość. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie.

  - Czego tu chcesz – jej wysokość rzekła odwracając się ku szatynowi.

  - Nie pani interes.

 - Jestem królową, należy mi się szacunek. Czy zdajesz sobie sprawę, że w każdym momencie mogę cię pozbawić życia?

  - A co za różnica, czy zrobi to pani, czy te tu trzy – wskazał kciukiem na najstarszą domowniczkę.

  - Ha. Odważny i niebojący się mężczyzna. Albo przynajmniej takiego zgrywa. No nic. Zginiesz, zabawiając nas wszystkie.

  - I co? Myślisz pani, że zabawię się z wami i…

  - Nie o takie zabawianie chodzi. Równonoc dopiero jutro, a potomkowie i tak nie mogą być od tak wątłych mężczyzn. Co zrobi, siostry?

  Przez tłum Amazonek przetoczył się pomruk zadowolenia.

  - Chimera! – krzyknęły podnosząc łuki, strzały etc. ponad głowy.

  - Dokładnie. Pokonasz… Przepraszam – rzekła królowa Amazonek chwytając za mizerny biceps młodzieńca – będziesz walczył z chimerą!

  - Załóżmy się – szatyn wyrwał rękę.

  - Że co? – odparła nieco zmieszana władczyni.

  - Pokonam chimerę.

  Chata wypełniła się gromkim śmiechem.

  - Pokonam chimerę – brnął dalej w nieprzyjemnej sytuacji. – Potrzebne mi tylko kilka gałęzi, ołowiane kulki i mój nóż.

  Amazonki znów zaczęły chichotać. Ucichły jednak, gdy królowa uniosła dłoń.

  - Niech i tak będzie. Ale powiedziałeś, że się chcesz się założyć.

  - Jeśli wygram otrzymam pani pas, Hippolito.

  - Po pierwsze jestem Antiope, ostatnia Hippolita władająca Amazonkami żyła w mitycznych czasach. Jest moim bardzo dawnym przodkiem. A po drugie przegrasz. Więc co w zamian?

  - Jeśli przegram, to weźmie pani sobie wszystko co mam. Będzie tuż obok chimery. Co to za problem, prawda odważna Amazonko? – odparł z mocną nutą sarkazmu.

  W chacie zapanowała grobowa cisza. Twarz królowej pokryła się rumieńcami, a mięśnie jej ciała napięły się. Obdarzyła szatyna nienawistnym wzrokiem. Ale wiedziała, że musi się zgodzić. Inaczej posądzą ją o tchórzostwo. Zresztą podobnie jeśli nie pójdzie po rzeczy młodzieńca z truchła rozszarpywanego przez bestię. A chimera była zbyt silnym przeciwnikiem nawet jak dla Amazonki. Cała nadzieja w pasie dającym nadludzką siłę, który w mitycznych czasach według legend królowa Hippolita otrzymała od boga wojny – Aresa.

  - Zgoda – rzuciła przez zęby udając, że strzepuje pył z naramiennika. – Do wieczora dostarczymy potrzebne ci rzeczy, a jutro o świcie stoczysz bój z chimerą.

*

  Muzyka w głowie szatyna ucichła. Zdawał sobie sprawę z tego co narobił. Walka z bestią – marzenie każdego dziewiętnastolatka. Był zły na siebie. Jedyne co go pocieszało, to fakt, że zawsze lubił czytać, a „Mitologię” Parandowskiego miał zadane na lekturę dwukrotnie na historii i raz na języku ojczystym – pamiętał doskonale jak zginęła Chimera. Martwiły go zaś dodatkowo fakty, że dokonał tego heros – a nie szkolne popychadło jakim był nim uzyskał wykształcenie podstawowe – oraz fakt, że wspomniany heros dokonał tego z grzbietu pegaza, do tego uzbrojony po zęby.

  Tak więc zdenerwowany przebierał dostarczone gałęzie szukając idealnej do wykonania procy neurobalistycznej – ulubionej zabawki z czasów dzieciństwa. Doskonale pamiętał czasy jak rówieśnicy spędzali czas na boisku lub częściej przed monitorami komputerów – on wtedy, ku niezadowoleniu rodzicielki i z cichym przyzwoleniem ojca, strzelał do wszystkiego wkoło, niejednokrotnie mszcząc się na „najlepszych przyjaciołach” ze szkoły. Stworzył cały arsenał różnych proc o różnych możliwościach, nadających się do odmiennych celów. Dopracował wykorzystywanie go do istnie fenomenalnej precyzji, celności i obłędnej wręcz szybkości, która zawsze wprowadzała go w błogi nastrój.

  Nagle przerwał wspominanie dawnych czasów – wyczuł pod palcami materiał błogi, wręcz idealny – idealna symetria i grubość gałęzi na ramiona broni, doskonała średnica drewna na trzonek, a na dodatek całość z sprężystego, zdrowego buka.

  Zabrał się natychmiast do ucinania nadwyżek materiału, by następnie przejść do zdejmowania kory, a całe dzieło zakończyć odpowiednim profilowaniem rączki i wykończeniami detali.

*

  - Szach mat chimero! – krzyknął, trafiając wystrzeloną kulką do obranego celu: ustawionej po drugiej stronie pomieszczenia zapalniczki.

   Choć wiedział, że ma nikłe szanse. Pocieszał się jedynie, że z taką bronią, to nie wstyd ginąć w boju. Idealnie wyprofilowany uchwyt perfekcyjnie leżał w jego dłoni, a prowizorycznie użyte gumki do włosów znośnie zastępowały zazwyczaj dobieraną z wybrzydzaniem gumę wysokiej jakości.

  Nieco uspokojony przymocował do paska kilka woreczków z wybranymi ołowianymi kulkami o odpowiedniej wielkości. Tuląc w dłoniach wykonaną broń osunął się przy ścianie, prawie natychmiast zasypiając, by śnić o Menanti, Roksanie, karierze na rock ‚n’ rollowej scenie i ani chwili o chimerze – nocne marzenia oszczędziły mu tego.

1 komentarz :, , , , , , , , , , , więcej...

OGŁOSZENIA BLOGPASTERSKIE VI

przez , 18.gru.2015, w Ogłoszenia blogpasterskie

Witam!

I.Dawno mnie nie było, no ale studia, praca etc., etc. Niestety na skrobanie „Czternastu” mogę poświęcać tylko wolne chwile – a jest ich niewiele.

II.”Lubię to” na Facebooku – jeśli Ci się podoba twórczość – wyraź to. :D

III.Zapraszam do czytania i zachęcam do komentowania

IV.Pozdrawiam IIBlogpasterzII

Zostaw komentarz więcej...

„Czternaście fibul” – R.9: Iluzja

przez , 05.gru.2015, w Czternaście Fibul, Fantasy

Iluzja

    Łódka łagodnie unosiła się i opadała kołysana falami zatoki. Rozmowa nie kleiła się. Zresztą starzec – siwy krasnolud – nie chciał rozmawiać. Lubił ciszę. A poza tym miał wielką gulę w gardle. Bał się. Siedział zgarbiony na ławeczce miętoląc nerwowo w rękach brudną szmatę. Pilnował wędek. Nie liczył na dobry połów. Nie liczył na jakikolwiek. Od miesiąca nikt nic nie złowił. Właściwie to nie tyle nikt nic nie złowił, co nikt nie wrócił z morza.

    Stary spojrzał spode łba na współtowarzysza. Młodzieniec leżał na dziobie łódki oparłszy głowę na złożonych pod nią dłoniach. Powoli przeżuwał kawałek drewienka wystający z lewego kącika ust. Długie, nieco przetłuszczone, włosy związane miał z tyłu głowy. Sprawiał wrażenie głęboko zamyślonego, wręcz rozkojarzonego. Przymknięte oczy, głęboki, równy oddech sugerowały nawet, że śpi. Ale nie spał.

   Siwy wybełkotał przekleństwo pod nosem. Nie zniósł napięcia. Stłamsił szmatę w dłoniach. Cisnął ją na dno łódki i burknął do młodzika:

   - Panie Janie… Na pewno, kurwa, nie chcecie się nic dowiedzieć… O tym?

   Nie spodobało mu się to.

   „O!” – pomyślał. – „Teraz to paniczu. A wcześniej to się z całą resztą ze mnie naigrywał, jak się podejmowałem zadania. Wieśniak”.

    - Nie – odparł powoli nie zmieniając pozycji.

   Nie chciał słyszeć znowu kolejnych opowieści o potworach morskich, wirach, piratach, czy nie wiadomo o czym innym. Pół wioski gadało o tym. I było tyle wersji ilu mieszkańców. Dwa dni spędził w osadzie słuchając wszelkich teorii. W końcu – bądź co bądź pod wpływem „białej damyale jednak zadeklarował się, że problem rozwiąże. Słowo się rzekło i trzeciego dnia wypłynął ze starym krasnoludem w morze. Siwy śmierdział rybami i nie tylko, wiercił się i raz po raz, zatykając jedną z dziurek w nosie wysmarkiwał się wprost na pokład. Ale Jan Kowalski nie mógł narzekać. Tylko ten starzec miał odwagę wypłynąć w morze i pokazać gdzie zazwyczaj odbywa się połów ryb – miejsce, przez które wielu zaginęło.

   Milczeli więc dalej.

*

   - Dobra krasnal. Już zmierzch, a tu się nic nie wydarzyło. Wracajmy – rzekł Jan i wypluł resztki drewienka za burtę.

   - Jak sobie panicz życzy… – starcowi ulżyło, koniec narażania życia.

   Kilkoma sprawnymi machnięciami wiosłem siwy rybak zawrócił łódkę i… zamarł.

   - Co jest, krasnal? Wiosłuj! Ja ci nie pomogę.

   - Kiedy paniczu, lądu, kurwa, nie ma…

  - Jak to, kurwa, lądu nie ma?! – ryknął Jan obracając się. – O, kuźwa… Nie ma… Przecież jeszcze niedawno był na horyzoncie. Głupku! Miałeś pilnować. No i zniosło nas.

  - Ależ, kurwa, paniczu…

  - No nie, chuj z tym. Płyń w stronę słońca, w końcu ląd jest na zachodzie.

*

  - Spokojnie krasnal… Masz bucha, to cię uspokoi.

  - Ale, kurwa, płyniemy już kilka godzin. Nawet jeślibyśmy oddryfowali, to nie tak kurewsko daleko!

  - Phi, narzekasz! – odparł stając na samym dziobie. – Patrz! Jest i coś.

  - Nie stawaj paniczu, kurwa, tak na dziobie, bo wypierdolisz się jeszcze za burtę… Ech. Prawie pół kurewskiego wieku już pływam po tych wodach i, kurwa, ręczę, że ten brzeg to ja widzę po raz pierwszy.

  - E! Krasnal. Ciemno jest, źle widzisz.

  - Pff. Ciemno. Pierdolenie, kurwa panicza jebana mać. Może wy ludzie nic nie widzicie, ale nie my, krasnoludy. My widzimy w ciemnościach prawie jak gnomy.

  - Gdybym krasnal wiedział jak gnomy widzą. A! Nieważne! Ważne, że jest ląd. Nieważne jaki. Nogi rozprostujemy. Ja tam się cieszę krasnal.

  - Obyś miał, kurwa, rację paniczu. Obyś miał kurewską rację…

*

  - Dalej panicz, kurwa, się nie martwi? - W żadnym razie krasnal – odparł Jasiek. Skłamał. Krążyli już od paru godzin po nieznanym terenie. Zegarek na ręku Kowalskiego wskazywał jedenastą rano, a wciąż było ciemno. A nie powinno być. Do tego zgubili się. Albo ich łódź znikła. Nie byli pewni. Nagie skały wybrzeża wyglądały wszędzie podobnie. Początkowo przechadzali się wybrzeżem tam i z powrotem – czekając na świt. Gdy zgubili łódź ruszyli wzdłuż nabrzeża. Wgłąb lądu się nie zapuszczali.

*

  Roślinność dalej od morza ich zaskoczyła. Była tropikalna. A jeszcze dzień wcześniej stąpali po śniegu. Wciąż ciemno. Wciąż było ciemno.

*

   Dzień trzeci. Przynajmniej tak wskazywał zegarek Jana. Głodni i wciąż w ciemności. Szli milcząc. Otaczała ich gęsta dżungla. Zewsząd wokół rozlegały się odgłosy wyjców. Z daleka słychać było od czasu do czasu pokwikiwania guźców, z rzadka warknięcie dzikiego kota. Nagle coś żółtego przemknęło tuż obok metala. Odruchowo przygniótł to glanem. Za późno. Jaskrawożółty wąż zdążył zatopić zęby w nodze krasnoluda, nim śmiercionośny bucior zmiażdżył głowę gada. Toksyny były silne. Starzec zachwiał się i osunął na ziemię. Cichy, ponury jęk wyrwał się z jego piersi.

  - Kurwa – rzucił przez zęby Jan.

   Złapał krasnoluda za ramiona i lekko potrząsnął. Ten spojrzał na niego gasnącymi oczyma i wyszeptał:

  - Nie takie, kurwa, rzeczy mnie…

  Nie dokończył. Skonał.

*

  Stracił rachubę. Był drugi, może początek trzeciego tygodnia. Czuł się już lepiej. Objawy poodstawieniowe nie były już tak silne jak wcześniej. Przez kilka dni, a może godzin – sam nie był pewien – nie kontaktował, krążył po dżungli nie wiedząc co się z nim dzieje. Ale teraz było już lepiej. Był sam – nie musiał ukrywać znajomości prostych czarów. Piekł właśnie nad ogniskiem telekinetycznie uduszonego wyjca. Wokół panowała ciemność. Niedaleko płynął strumień. Jego szum częściowo zagłuszał odgłosy krewnych pieczeni. Spojrzał na zegarek. Wskazywał trzecią – nie miał pojęcia czy popołudniu, czy nad ranem. Okienko pokazujące dzień miesiąca zacięło się pomiędzy dwoma liczbami. Westchnął i wstał. Podszedł do ogniska. Wyjął scyzoryk z kieszeni. Odkroił kawałek golenia małpy. Skosztował. Był obrzydliwy, choć niewątpliwie upieczony. Zresztą Janko nie był wybredny. Podszedł do kostki i wyciągnął z niej duży, zwinięty liść nieznanej mu rośliny. Rozwijając go wrócił do mięsa. Kilkoma uderzeniami dobytego miecza odciął małpią nogę. Wsadziwszy oręż pod pachę zawinął oderżnięte mięso w liść i podszedł do drzewa, obok którego spoczywała jego kostka. Odłożył pakunek z jedzeniem obok plecaka, a miecz wbił w ziemię. Usiadł. Oparł się o drzewo plecami. Wygrzebał z kostki kilka mango, pomarańczy i kiść bananów – lekko napoczętych – były przynętą na wyjca. Rozpoczął posiłek.

  - Ale miałem zajebisty pomysł z tym liściem – powiedział do siebie. – Nareszcie mięso czyste, nie upierdolone ziemią, jak kilka ostatnich razy. Ale smakuje i tak samo obrzydliwie. Szkoda, że nie natknąłem się na guźca. Ech no nic. Zjem i to paskudztwo. Ciekaw jestem czy to smakuje jak ludzkie mięso. Niby taki małpiszon powinien smakować podobnie. Zawsze nurtowało mnie jak smakuje człowiek…

  Istotnie tak było.

*

  „Kwadrans po dziesiątej” – pomyślał. – „Pora wstać.”

  Sięgnął na bok. Szukał kostki. Nie znalazł jej.

  - Kurwa, no tak. Ogarnij się Jasiek, kurwa ogarnij. Od kilku tygodni jej nie masz – mruknął gładząc się po zarośniętym podbródku.

  Istotnie. Zgubił kostkę i górę ubrania. Podszedł do na wpół przepróchniałego drzewa. Wyciągnął zeń ukryte resztki ostatniego posiłku. Posilił się, po czym zebrał manatki i ruszył w kierunku szumiącego potoku. Podążał do niego od dawna. Choć jednak słyszał go wyraźnie, to pomimo starań nie mógł do niego dotrzeć.

  „Ok.” – pomyślał. – „Dojdę do strumyka i pójdę wzdłuż niego. Musi doprowadzić mnie na nabrzeże. W tej kurewskiej dziczy nic nie ma. Dobra. Słyszę go jakby wyraźniej… Zbliżam się. I widzę jakby nieco lepiej. Czyżby świtało? Nareszcie. Zaraz? Co to było? Czyżby ktoś tam był?”

  Przystanął. Przezornie przykucnął. Wsłuchując się w odgłosy powoli, na czworakach, wszedł w gęste krzaki.

*

   - Witaj – dobiegł melodyjny głos. – Nie bój się. Chodź do nas.

   Półnaga postać o mocno zarośniętej twarzy wygramoliła się z krzaków na skraju lasu. Przeszła dwa zamaszyste kroki w kierunku dobiegającego głosy, po czym zatrzymała się. Rozejrzała się. Była na polance obfitującej w rośliny o kwiatostanach o szerokiej balecie barw oraz trawach i mchu o głębokiej, mocnej zieleni. Mieniło się na niej w promieniach wschodzącego słońca niewielkie jeziorko, zasilane przez wąski wodospad spadający z niewysokiej kaskady. U jego podnóży wesoło pląsało się kilka nagich, niezwykle urodziwych dziewcząt. Na przeciwległym brzegu pasło się kilka śnieżnobiałych jednorożców. Jeden z nich, przerwawszy pojenie się chłodną wodą z jeziorka, zaciekawiony przyglądał się nowo przybyłej postaci. Z nie mniejszym zainteresowaniem zerkały na nią kąpiące się dziewczęta. Jedna z nich nie brała udziału w pląsach. Tafla jeziora sięgała jej do bioder. Zwrócona ku intrygującej wszystkich półnagiej postaci rzekła znów, wyciągając w jej kierunku dłoń:

  - Nie bój się. Jesteśmy nimfami leśnymi. Chodź do nas. Czekamy.

  Postać jednak nie drgnęła. Wpatrywała się w nimfę, która dostrzegając brak innej reakcji mówiła dalej:

  - Kim jesteś? Jak cię zwą?

  - Jan – odparła postać po chwili chrapliwym, wysuszonym głosem. – Nazywam się Jan.

  – A więc chodź do nas, Janie. Chodź, zabawimy się.

  - Zabawimy? – odparł nie mogąc oderwać wzroku od jędrnego biustu nimfy.

  - Tak…

  Melodyjny, piękny głos, wilgotna dłoń delikatnie sunąca po mostku i druga, tajemniczo znikająca pod taflą wody nie dały długo czekać na rezultat. Ruszył.

*

  Był zadowolony. Wreszcie ogolony, porządnie najedzony. Do osady przybył w obstawie sześciu nimf. Droga mu się podobała – tak krótka i długa zarazem, prosta, niewymagająca, a jednak męcząca – głównie na postojach – z ścieżką wyraźnie widoczną, z której wciąż zbaczali. Leżał na macie w chatce przykrytej strzechą. Ściany miały konstrukcję plecionkową.

  „Chwila, zaraz…” – naraz coś go tknęło. – „Co jest, kurna? Najpierw dżungla, potem jeziorko, potem las, osada i… Znowu ciepło jak w dżungli? I te ściany z bambusów…”

  Rozmyślania przerwało skrzypnięcie drzwi. Stanęła w nich naga nimfa. Urodą nie ustępowała wcześniej poznanym. Była od nich nieco starsza, dojrzalsza, ale wciąż młoda. Jej kasztanowe włosy sięgały po biodra.

  - Wy zawsze chodzicie gołe? – zapytał się Jan siadając.

  Kobieta skinęła głową. Podeszła do maty i stanowczym ruchem położyła go z powrotem. Pochyliła się i pocałowała go w usta. Uklękła.

  - Zajebiście – rzucił gładząc ją poniżej krzyża.

*

Wyszła bez słowa. Jan z rozkoszą spojrzał w sufit, wkładając dłonie pod głowę. Był zmęczony. Senny. Nagle obraz przysłoniła mu twarz. Piękna twarz młodej dziewczyny. Wtedy dopiero spostrzegł, że w szerokim rozkroku stoi nad nim nagie dziewczę o jasnych blond włosach. Nimfa położyła się na nim i zaczęła gładzić jego tors. - Poczekaj no, złotko – rzekł łapiąc ją za ramiona.

  – Może na dziś już wystarczy? Jestem potwornie zmęczony i…

  Nie dokończył. Jego słowa przerwał namiętny pocałunek. Zawahał się. Jednak stanowczym ruchem zsunął ją z siebie.

  - E! Mała. Powiedziałem. Na dzisiaj dość.

  Dziewczyna wstała. Dostrzegł w jej oczach błysk. Była zdenerwowana. Przyjrzał się jej. Była młoda – ocenił ją na jakieś piętnaście, szesnaście lat. Miała błękitne oczy. Odwróciła się i ruszyła w kierunku drzwi.

   - Poczekaj! – krzyknął siadając. – Mała, poczekaj. Może umówimy się gdzieś na jutro, co?

  Wyszła.

  -Kurwa… – syknął przez zęby. – No nic. Chuj. I tak jest fajnie. Szkoda tylko małej. Ale tam. I tak była za młoda. Na chuj ja to mówię do siebie?

  Położył się. Spróbował zasnąć – nie dane mu było. Poderwał się na równe nogi gdy przez drzwi wbiegły dwie nagie, bardzo umięśnione kobiety. Dopadły i obezwładniły. Skrępowawszy mu kończyny wyniosły go na zewnątrz. Niosły go przez osadę. Rozglądał się.

  - Same baby – wyszeptał.

  Nie widział dokąd go niosą. Obserwował trasę przebytą. Nagie nimfy, wszystkie o włosach jasnych blond lub kasztanowych – czasem z nutką zieleni – uśmiechały się na jego widok, czasem któraś nawet pozdrowiła go machnięciem ręki, czy mijane blisko pocałunkiem – jakby nie zwracały uwagi, że jest ubezwłasnowolniony i wynoszony wbrew własnej woli.

  Nagle zatrzymały się. Usłyszał skrzypnięcie zawiasów. Wniosły go do dość obszernej klatki solidnie skleconej z bambusa. Cisnęły na drewniany blat. Rozwiązały go, po czym przymocowały skórzanymi pieszczochami – przytwierdzonymi w odpowiednich miejscach do blatu – w pozycji z kończynami rozpostartymi niczym człowiek witruwiański wpisany w okrąg.

  - Co jest, do chuja wafla?! – wydarł się.

  Siłaczki wyszły. Za nie weszło młode, dziewczę o blond włosach i błękitnych oczach.

  - Heh. To ty, mała? Czyli dopięłaś swego złotko, co?

  Powoli podeszła. Stanęła w rozkroku nad nim. Położyła się na jego ciele i zaczęła gładzić po torsie.

  - Jakżeby inaczej… – wyszeptał.

*

  Obudził się. Było ciemno. I chłodno. Za chłodno jak na tropikalną dżunglę.

  - Co jest, do cholery? – mruknął. Szarpnął się. Nic to nie dało. Wciąż był unieruchomiony. Ale czuł, że więzi go co innego niż kawałki skóry – metalowe kajdany.

  - Zbudź się – znajomy Janowi głos rozległ się z pogłosem po pomieszczeniu.

  - Mama?… – bezgłośnie poruszył wargami.

*

  Do jego oczu dotarło światło. Czerwone światło. Oślepiło go.

  Buchnęło gorące powietrze.

  Poczuł ból. Poczuł ogień. Płonął.

  Wszystko otaczała lawa. A on w niej…

*

  Upadł na kolana. Podparł się ręką. Pod dłonią wyczuł ostre kamienie. Przetarł oczy. Podniósł się z trudem.

  Wybrzeże. Znał je. To tu. Tu się zaczęło piekło.

  Rozejrzał się. Był dzień. Słoneczny, ciepły.

  Łódka spokojnie kołysała się na wodzie, tuż przy brzegu. Odwrócona plecami siedziała w niej niska, siwa postać.

  - Co jest? Co ja tu robię? Czyli tamto wszystko to był sen? Odpowiedz! Przecież widzę, że jesteś w łódce. Krasnal… – powiedział podchodząc.

  Odskoczył gwałtownie przerażony. Łódka wypełniona była jaskrawożółtymi wężami i zwłokami krasnoludów – a raczej truchłami jednego krasnoluda – w różnym stadium rozkładu.

  Jan obrócił się na pięcie i pobiegł. Szybko. Nie oglądał się za siebie. Wbiegł do dżungli. Opanowała go ciemność. Nie zwrócił na to uwagi. Biegł. Potknął się. Usłyszał odgłos dartego materiału Były to jego jeansy. Zorientował się, że jest ubrany w nie i t-shirt. Był boso.

  Wstał. Struchlał. Zorientował się, że potknął się o ciepłe jeszcze zwłoki krasnoluda. Wokół jego nóg wił się jaskrawożółty wąż. Wpatrywał się w Jana. Zaatakował. Zęby zatopiły się w pięcie Kowalskiego.

  Janko poczuł potężny zawrót głowy. Zemdlał.

*

  Obudził go szmer wody. Był poranek. Rozejrzał się. Po wężu i truchle nie było śladu. Wstał powoli i ruszył w kierunku szumu potoku. Poznawał okolicę. Był tam. Przystanął za drzewem. Wychylił się. Ujrzał sześć nimf o blond włosach bawiących się w jeziorku u stóp małego wodospadu. Brodaty, długowłosy młodzieniec powoli szedł w kierunku jednej z nich.

  - Nie! – krzyknął Jan wyskakując zza drzewa.

  Głos zabrzmiał dziwnie dziecinnie. Zorientował się, że nie jest już w dżungli, a w swoim pokoju, w swoim bloku w Krakowie.

  - Kazałem ci siedzieć cicho!

  - Tata? Co ty tu robisz?

  - O co ci, Jasiek, chodzi?

  - Tato, przecież odszedłeś z domu jak miałem osiem lat!

  - Jasiek, nie wkurwiaj mnie! Ty masz osiem lat.

  - Co?

  „Lustro” – pomyślał Janko. – „Łazienka, muszę przejrzeć się w lustrze”.

  Pobiegł w kierunku drzwi pokoju. Silny uścisk ojcowskiej dłoni na ramieniu zatrzymał go w miejscu.

  - A dokąd to się, kurwa, wybierasz?! – ryknął rodzic Jaśka ciskając nim na środek pokoju.

  Junior Kowalski wywrócił się na tyłek. Poczuł, że łzy napływają mu do oczu. Dziecięcy instynkt nakazywał uciekać, ukryć się. Szybko. Nim ojciec wyjmie do końca pasek ze spodni.

  „Przecież ja mam ponad dwadzieścia lat.” – pomyślał Jan – „Nie będę beczał jak dziecko, tylko dlatego, że fizycznie nim jestem, a ojciec chce mnie zlać. Zresztą już sobie przypominam tę sytuację. Tylko wtedy chciałem uciec do mamy, nie kibla. Tak pamiętam to zdarzenie. Ostatni kontakt z ojcem. Uderzy mnie w prawy policzek z liścia, a potem pasem… Teraz!”

  - Unik? To jakaś nowość. Zobaczymy czy tego unikniesz!

  - Zostaw go! – drzwi gwałtownie otworzyły się i stanęła w nich matka Janka.

  - Ty chora szmato… – senior Kowalski zamachnął się na nią pasem.

  Junior odruchowo ułożył odpowiednio dłonie wykrzykując zaklęcie. Potężne uderzenie wiatru pchnęło ojca Janka na ścianę, a pomieszczenie wypełniło jasne światło.

*

   - Koniec. Na dziś wystarczy. Wstawaj – rzekł nekromanta.

   - Co? Gdzie ja jestem? – odparł Jan podnosząc się z łóżka.

  - W wieży. Cały czas tu byłeś.

  - Co ty gadasz dziadku? A łódka? Dżungla? Nimfy? I cała reszta?

  - To? To mała demonstracja. Od jutra zaczynamy naukę magii iluzji. Ale najpierw musiałeś spędzić trochę czasu we własnej halucynacji. Zanim zaczniesz używać danego czaru…

  - …musisz go poznać, wiem dziadku, wiem.

  - Nie przerywaj mi. Poznałeś nowe zaklęcie połowicznie, gdy rzuciłem na ciebie czar. Jutro przyprowadzisz jakiegoś głupca z wioski. Musisz zobaczyć jak się zachowuje również ofiara zaklęcia podczas jego działania.

  - Halucynacje? Dziadku! LSD tak dobrze nie działa, jak te twoje czary-mary. Pytanie tylko jak sprawić, żeby fragment z nimfami trwał przez większość czasu…

  - To nie zabawa.

  - Spoko, dziadku, spoko. Nie denerwuj się.

  - Żebyś nie zrobił nic głupiego zaczniemy jednak teraz.

  - Ale nuda… Po co?

  - Siadaj. Po pierwsze i najważniejsze: nigdy nie rzucaj tego zaklęcia sam na siebie. Chyba, że chcesz być pod jego wpływem do końca życia. Krótkiego zresztą. Halucynacje są wyczerpujące bardziej dla maga niż ofiary. I jeśli byś to zrobił nie mógłbyś kontrolować wizji. Może tego dokonać jedynie przytomny mag, który czar rzucił. Podobnie jak ma częściowy wpływ na przebieg wizji i częściowo może je zobaczyć.

  - Mam ci, dziadku, podziękować za nimfy, czy po prostu walnąć za to, że zafundowałeś sobie pornola moim kosztem?

  - Jeśli chodzi o nimfy, to idź upierz portki.

  - O, szlag…

Zostaw komentarz :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

OGŁOSZENIA BLOGPASTERSKIE V

przez , 18.maj.2015, w Ogłoszenia blogpasterskie

Witam!

I.Pierwsze i najważniejsze: dziękuję Mrocznej Elfce i Anonimowcowi za komentarze. ;D

II.Przepraszam za dłuższą przerwę, ale byłem (wróć – jestem) ostatnio dość zajęty

III.Mroczna Elfko. Nie zamierzam przestać pisać. ;)

IV.Anonimowiec. Wedle życzenia, następny rozdział (mam nadzieję, że szybko się z nim uporam) o Janku. ;D

V.Dziękuję za komentarze i proszę o kolejne ;)

VI.Zapraszam do czytania i pozdrawiam IIBlogpasterzII

Zostaw komentarz więcej...

„Czternaście fibul” – R.8: Trening, dzień 1

przez , 29.mar.2015, w Czternaście Fibul, Fantasy

Trening, dzień 1

   Twierdza Ludzi Pustyni. Północny kraniec pustyni Nuha. Dwa dni drogi na południe od Miasta Złodziei. Trzy na północny-zachód od Oazy, miejsca zamieszkanego przez Dzieci Pradawnej Trzynastki. Twierdza ta, zamek z zabudową dookolną i murami wysokimi, posiada dość specyficzne budowle. Znajdują się tu, prócz mieszkań wojowników, elit i baraków dla więźniów budynki sportowe: gymnasion, palestra, arena, stadion oraz basen. Ponadto jest tu łaźnia, kuchnia i stołówka dla uczniów wyższych stopniem.

Dziennik XXIV, dzień 1

   Dzień pierwszy. Poranek. Wczoraj dostarczono nowy towar – dziewięciu dość dobrze wytrenowanych jeźdźców, kupca z synem, pięciu ich sług. Ponadto dwoje podróżnych z dalekich stron – ją spędzono do łaźni, by przegotować wraz z innymi kobietami dla naszego przywódcy – Hussein Husam Makina, jego zaś przydzielono do mojej grupy, posobnie jak dziedzica kupca. Prócz nich do mojej grupy przydzielono: Baracka i Nyokę ze wschodu oraz niewolników z wioski przy oazie: Abdula, Umara, Izz Udina, Imad Udina, Mansara i Azama. Nakazano mi wytrenować ich na dziesięciu silnych gladiatorów. Oglądałem wczoraj syna kupca. Ledwo porusza się o własnych siłach. Będzie z nim ciężka przeprawa. Dziś idę do tego podróżnego. Słyszałem, że jest pyskaty. Nie bał się Abdullaha. Może o nim nie słyszał? Nie wnikam. Ale ponoć jest twardy. Sam Abdullah wrócił wczoraj zły. Podróżnego bito grubym rzemieniem czterdzieści razy i nie prosił o litość. Dziś idę obejrzeć resztę grupy. Pierw udam się do celi podróżnego i Baracka.

   Wczesne popołudnie. Odwiedziłem całą grupę. Jest dość zróżnicowana. Syn kupca do niczego się nie nadaje. Pochwyceni przy oazie są wynędzniali, chudzi i wątli. Za to bardzo posłuszni i wiedzą co ich czeka – w końcu są miejscowi, oaza leży niedaleko i niejednokrotnie ją najeżdżaliśmy. Jeden z nich, Umar, jest barczysty i nieco lepiej odżywiony. Barack jest potężnie zbudowany, umięśniony. Ponadto opanowany i rozsądny. Już wiem, że uczynię go przewodniczącym grupy. Nyoka jest typowym długodystansowcem. Mocno zbudowane nogi, gorzej tors i ramiona – do wyćwiczenia. Będę musiał na niego uważać. Jest dość nerwowy, gotowy uciec, a zdolny do przebiegnięcia pustyni i bez zapasu wody. Podróżny zaś, Kain, jest krnąbrny, pyskaty jednak ma jedną zaletę. Nie boi się. Przez to trening będzie trudny, ale efekt może być zacny. Kazałem ich przekwaterować. Tam gdzie zawsze. Kazałem pierw jednak zmodernizować meble. Konkretnie piętrowe prycze. Tym razem pojawiły się dwa łóżka trzypiętrowe i dwa dwupiętrowe. Syn kupca i Kain jako najgrubsi zajmą najwyższe prycze. Drugie kondygnacje przeznaczam dla Nyoki, Abdula, Mansara i Azama. Dolne prycze zajmią Barack, Izz, Imad i Umar. Zmusi to Kaina i Saula do spalania tłuszczu. Nyoka codziennie będzie miał dodatkowy trening mięśni rąk i piersiowych. Umar i Barack jako najlepiej zbudowani nie potrzebują dodatkowego treningu. Resztę rozmieszczam losowo. Późne popołudnie. Pierwszy trening…

*

  

   Stadion. Dość nietypowy – nie posiadał trybun. Bieżnia była typowa: prostokąt z półokręgami zamiast krótszych boków. Wejście było od południowej strony, na środku jednego z dłuższych boków. Wychodząc przez nie wchodziło się do niewielkiego boksu, z którego było wyjście na na plac przez południową ścianę. Późne popołudnie. Z boksu zostało wprowadzonych, przez dwóch młodych wojowników, dziesięciu nagich młodzieńców. Nagrzany piasek piekł ich w stopy. Przed nimi stanął umięśniony mężczyzna w średnim wieku. Poznali go już wcześniej. Każdego z nich obejrzał. Jak towar, czy konia wyścigowego. Później towarzyszył im w drodze na stadion. Młodzi wojownicy pokłonili mu się i powoli, bez słowa wyszli. Pozostali w milczeniu wpatrywali się w niego. On zaś milczał dłuższą chwilę, wertując ich wzrokiem. Wreszcie zatrzymał wzrok na najgrubszego z nich i powoli rzekł:

   - Tragedia.

   Sześciu młodzieńców opuściło wzrok. Widać było po nich stres. Bali się. Wiedzieli co ich czeka. Najgrubszy z dziesiątki nie kontaktował. Upał i dystans, który musiał pokonać o własnych siłach dał mu się we znaki. Potężnie zbudowany ciemnoskóry mężczyzna spokojnie patrzył. Słowo nie wywarło na nim wrażenia. Dwaj pozostali młodzieńcy spojrzeli na mężczyznę z nienawiścią.

   – Tragedia – powoli powtórzył wpatrując się tym razem w rudowłosego młodzika.

   – Odwal się – wycedził przez zęby zaczepiany.

   Przypłacił to sierpowym w lewą skroń.

   – Zapamiętajcie to. Wszyscy.

    - Dobrze, panie…

   – Zapomnij, Azam. Nie jesteś już śmieciem, którym pomiata pan. Teraz pomiatam tobą ja. Mistrz.

    - Przepraszam, mistrzu.

   – Dobrze. A teraz pomóż wstać Kainowi.

   – Dobrze… – odparł i podszedł do krwawiącego chłopaka.

   – Tyle?! – mężczyzna wycedził przez zęby zasadzając siarczystego kopniaka w siedzenie Azama.

   – Przepraszam, mistrzu, przepraszam.

    - Więc?

   – Dobrze, mistrzu, pomogę mu, mistrzu…

   – To też zapamiętajcie – rzekł, po czym dodał półszeptem kładąc dłoń na ramieniu Kaina – A ty wstrzymuj język jeśli nie chcesz mieć kłopotów.

   – S p i e r d a l a j – wycedził przez zęby rudy.

   – Myślisz, że twardy jesteś?… – rzekł klepiąc go po ramieniu, po czym dodał głośno do wszystkich – Podziękujcie Kainowi, że zamiast trzech pobiegacie dzisiaj pięć godzin. Jazda!

*

    Łaźnia. Niewielkie pomieszczenie, dwa rzędy ław naprzeciw siebie. Cała obłożona kaflami pokrytymi jasną, nieprzeźroczysta glazurą. Dziewiątka młodzieńców. Większość wpatrywała się w Kaina ze złością. Wreszcie Umar rzucił:

   – I co ruda pało? Dobrze się czujesz? Fajnie się biegało dwie nadprogramowe godziny?

   – Ja je przynajmniej wytrzymałem, pajacu!

   – Od tygodnia Umar, podobnie jak reszta z nas znad oazy, nie miała nic w gębie więc zamknij ryj.

   – W dupie to mam, Izz!

   – W dupie to zaraz będziesz miał co innego!

   – Zostaw go, Azam! Dobrze, że się postawił. Chciałem zrobić to samo.

   – Zamknij się, czarnuchu! Widać po tobie, że lubisz biegać, więc ci to nie przeszkodziło.

   – Weź się od niego odwal Abdul. Nyoka ma imię. I nazwałbyś go grzeczniej Murzynem, czy afroamerykaninem, a nie…

   – Afro, co? Co ty bredzisz, ruda pało?

   – Spokój!

   Umilkli. Spojrzeli na Baracka. Jego spokojny, ale stanowczy ton kazał im się zamknąć.

   - Nie widzicie, że mistrz specjalnie chciał, żeby wszyscy rzucili się na Kaina? Wiedział w jakim jesteście stanie i nie lubi jak mu się ktoś sprzeciwia. Ja byłem wczoraj w celi z Kainem. Pomimo, że był świeżo wybatożony i ledwo się ruszał, postawił się mistrzowi. Dziś znów dwa razy. Chciał go nauczyć pokory. Nie. Nie, Umar. Nie naszym kosztem. Widzicie… Jak szliśmy na arenę, to pamiętacie? Mistrz kazał Saulowi nieść wszystkie swoje rzeczy. Na górze położył jakieś notatki. Nie wziął pod uwagę, że Saul może umieć czytać. Jak zaczęliśmy bieg, porozmawiałem z nim. Mówił, że wtedy, że te notatki co je niósł to była rozpiska dzisiejszego treningu. Saul twierdził, że było tam napisane, że bieg ma trwać pięć godzin, nie trzy…

-Wybacz nam, Kain. Nie wiedzieliśmy.

-Spoko, Umar.

-Co to „spoko”?

-„Spoko”? To samo co „dobrze”. Ale lepiej tak nie mów do „mistrzunia”.

-Spoko, Kain.

-Ciekawe co u Saula – po chwili ciszy rzekł Kain.

-Szkoda go. Pół godziny nie biegaliśmy, a on zemdlał.

-Prawda, Abdul… Miejmy nadzieję, że przeżyje. Zresztą przydałby się nam. Umie czytać. A to może się nam przydać.

-Ej, Barack. Ja też umiem.

-Kim ty jesteś, Kain? Kupcem? Księciem? Kapłanem?

-E!… Gdzie tam, Izz. Tam skąd pochodzę wszyscy to potrafią.

-Gadasz głupoty. Nie istnieje takie miejsce.

-Na tym świecie nie, ale…

-Bogowie… Jesteś magiem? I dałeś się złapać?

-Nie, nie jestem magiem Izz. Można powiedzieć, że „magowie” mnie przenieśli do tego świata. Ja się staram wrócić.

-Tak? A masz jakiś dowód?

-Czy ja mam dowód?… Niech ja pomyślę, Abdul… Tak! No jasne! Spójrzcie. Zostawili mi zegarek.

-Co to jest zegarek?

-To! Widzicie? Na mojej ręce! Pokazuje czas.

-Czas! Nareszcie coś mądrego mówisz, Kain! Masz rację. Koniec czasu! Ubierać się i do celi! O świcie macie być na nogach. W celi macie posiłek – usłyszeli wraz z odgłosem otwierających się drzwi.

-Mistrz… – wyszeptał Mansar.

-Ty, nie masz pojęcia o mądrości! Gdybyś wiedział ile…

-Kain, daj spokój.

-Masz rację, Barack. Nie będę tracił na niego czasu.

-Cóż. Znów możecie podziękować Kainowi. Jutro będziecie dłużej trenować.

-Już nie żyjesz, Kain… – wycedził przez zęby Nyoka, mrugając jednocześnie okiem, lewym, nie widocznym w tym momencie dla mistrza.

*

Dziennik XXIV, dzień 1

    Późne popołudnie po późny wieczór. Przed treningiem musiałem ukarać za nieposłuszeństwo Kaina, podróżnika z zimnych krain. Trening nowych zacząłem standardowo od pięciu godzin biegu. Już tu zaczęły się spore kłopoty. Niewiele ponad kwadrans wystarczył, by zemdlał gruby Saul. Od trzeciej do czwartej godziny musiało zejść pięciu miejscowych. Ostatni z nich, Umar padł pół godziny przed końcem. Reszta dotrwała do końca. Szczerze mówiąc zaskoczyło mnie, że Kain dotrwał. Jest gruby, a jego cera wskazuje na małą odporność na gorąco, którego dziś nie było brak. Ponadto wczoraj został srogo wybatożony, a dzisiaj karany już dwukrotnie. Ledwie godzinę temu obudził się Saul. Dostał posiłek i wysłałem go do celi. Dopilnowałem, żeby poradził sobie z wejściem na swoją pryczę. Standardowo pytał się gdzie jest drabinka. Dopiero jak go wyśmiałem pojął, że ma sobie radzić bez niej. Za chwilę pójdę do łaźni po uczniów i zaprowadzę ich do celi.

*

   Cela. Przy małym, drewnianym, na wpół przepróchniałym stoliku, ustawionym pod zakratowanym okienkiem, były dwa krzesła. Jedno zajmował tęgo zbudowany Murzyn, drugie rudy chłopak. Drugi czarnoskóry mężczyzna opierał się dłońmi o blat stołu. Cała trójka dyskutowała nad czymś. Wreszcie stojący Murzyn przywołał skinieniem ręki pozostałych współlokatorów, zajętych dotychczas wylegiwaniem się na pryczach, tudzież półsnem lub rozmową.

   - Słuchajcie – tęgi Murzyn rzekł, gdy podeszli. – Wiadomo, że treningi u Ludzi Pustyni mało kto przeżywa.

   - Dobrze mówisz, Barack – rzucił Umar.

    - Ale jak się będziemy trzymać razem, to może nam się uda – kontynuował Barack.

    - Prawda… – mruknęło kilka głosów.

    - Dlatego obmyśliliśmy z Kainem i Nyoką, jak widzicie, że zjemy dziś po połowie naszych racji. Wiemy jak jest sytuacja u was, w oazie. Dla tego dostaniecie te półtorej porcji dzisiaj. Saul już raczej jadł, zresztą on nie potrzebuje jeść więcej, więc niech śpi dalej. A wy się posilcie i do spania. Na jutro musimy być wypoczęci…

Zostaw komentarz więcej...

OGŁOSZENIA BLOGPASTERSKIE IV

przez , 28.gru.2014, w Ogłoszenia blogpasterskie

Witam!

I.”Czternaście fibul” znów nieregularnie (za co przepraszam, ale studia).

II.Proszę o komentarze ;)

III.Zapraszam do czytania i pozdrawiam IIBlogpasterzII

PS.Zmiana podpisu, nie związana z upublicznianiem „Czternastu” także na tej stronie.

1 komentarz więcej...

Dzieje się na stronie? ;D

  • Wszystkich wizyt: 1236
  • Dzisiaj wizyt: 1
  • Wszystkich komentarzy: 5

Chcesz mi pomóc w drodze na szczyt? ;D

To przejdź na: http://proza-fantasy.toplista.info/?we=JerzyZwierzy"><span style="width:120px;height:40px;overflow:hidden;background:#EE0000;border:2px;border-color:#FF2222;border-style:outset;padding:5px;font:bold 12px verdana;color:white;text-decoration:none;text-align:center;cursor:pointer ;D Dziękuję ślicznie. ;)